Cześć, kochani! Tu Myszka Maria, wasza mała myszka o wielkich uszach. Dziś opowiem wam o moich pierwszych zajęciach z muzyki w przedszkolu. Było śpiewanie, była muzyka i była moja nowa przyjaciółka Rosalie. Posłuchajcie!
We wtorek rano mama Michalina powiedziała coś bardzo ważnego: „Mario, dzisiaj w przedszkolu będą zajęcia z muzyki! Przychodzi nauczyciel, pan Szczepan, i uczy dzieci śpiewać i grać na instrumentach." Serce biło mi szybciej z radości. Uwielbiam śpiewać! Zawsze nucę piosenki, gdy sprzątam norke albo gdy idę na łąkę. Mama mówi, że nawet kiedy śpię, cicho nucę pod nosem.
Przedszkole mieści się pod wielkim korzeniem leszczyny, w wielkiej wydrążonej komnacie. Kiedy tam przyszłam, wszystko było inne niż zwykle. W środku stały małe instrumenty! Były tam bębenki ze skorup orzechów, grzechotki z suszonych nasion i długie trzciny, na których można było gwizdać. Na środku stały małe stołeczki ułożone w półkole.
Pani Zosia wprowadziła pana Szczepana. Był to stary, mądry mysz z bardzo długimi wąsami i małą gitarą z półki orzecha. Mieszkał w stodole za ogrodem i przez całe życie zbierał pieśni. Jak śpiewa, to nawet wiatr się zatrzymuje, żeby posłuchać.
„Dzień dobry, muzycy!", powiedział pan Szczepan. „Dziś nauczymy się pieśni o jesieni. Ale najpierw muszę usłyszeć, jakie instrumenty ukryliście w swoich głoskach." Poprosił nas, żebyśmy po kolei zaśpiewali jedną nutę. Ewa zaśpiewała wysoką nutę jak mały ptaszek. Ida zaśpiewała spokojną, głęboką nutę. Janosz nie zaśpiewał, tylko zagrał na swoim brzuchu — bum, bum, bum! Wszyscy się śmialiśmy, a pan Szczepan powiedział, że Janosz ma w sobie bęben.
Obok mnie siedziała myszka, której jeszcze nie znałam. Była cała szara jak mgła, z bardzo dużymi, ciemnymi oczami i małą fujarką z trzciny. Nazywała się Rosalie. Była nieśmiała i siedziała cicho w kątku. Ale kiedy pan Szczepan poprosił wszystkich, żebyśmy zaczęli grać, Rosalie wzięła fujarkę do ust i zagrała tak piękną melodię, że wszystkie myszki zamilkły.
„O, ale pięknie!", powiedział pan Szczepan. „Rosalie ma prawdziwy talent. W naszym muzykowaniu potrzebowaliśmy właśnie takiej fujarki!"
Rosalie się zarumieniła i szepnęła: „Babcia nauczyła mnie grać. Mieszka ze mną i zna dużo pieśni." Zaprosiłam ją, żeby siedziała ze mną, i od razu się zaprzyjaźniłyśmy.
Zaczęliśmy uczyć się pieśni o jesieni. „Liście spadają, spadają, w kolorach tańczą, tańczą", śpiewaliśmy. Ja śpiewałam pierwszą melodię, Ewa drugą, Ida trzecią, Janosz bił w bębenek, a Rosalie grała na fujarce najpiękniejszą część — melodię wiatru. Na początku wyszło nam to dość krzykliwie. Janosz bił za mocno, Ewa śpiewała za szybko, a ja zgubiłam tekst w środku i tylko ruszałam ustami.
Pan Szczepan nas nie popędzał. Powiedział: „Muzyka to jak spacer. Nie biegnie się na spacerze, idzie się powoli i patrzy na świat." Zaśpiewał nam całą pieśń sam, cicho i pięknie. I wtedy zrozumiałam, o czym mówi. Gdy zaczęłyśmy drugi raz, wszystko poszło lepiej. Janosz słuchał teraz innych, Ewa zwolniła, a ja pamiętałam każde słowo. A trzeci raz — wyszło nam to już naprawdę pięknie! Nawet pani Zosia przystanęła w drzwiach, żeby posłuchać.
Potem pan Szczepan pokazał nam, jak zrobić własne grzechotki. Wsypaliśmy do skorup orzechów po kilka suszonych grochów i przykleiliśmy małe patyczki jako rączkę. Ja nazwałam swoją grzechotkę Zuzia, a Janosz swoją Wielki Grzmot. Rosalie powiedziała, że jej fujarka nazywa się Iskierka, bo dźwięki lecą z niej jak iskry.
Na koniec zajęć pan Szczepan powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę: „Muzyka to nie zawody. W muzyce nie ma lepszego i gorszego. Każdy głos jest ważny, a razem tworzymy coś, czego żaden z nas nie mógłby stworzyć sam."
Po zajęciach poszłam z Rosalie na łąkę. Opowiedziała mi, że chce, kiedy dorośnie, grać jak jej babcia — po całych dniach, dla wszystkich, którzy chcą słuchać. Umówiłyśmy się, że będziemy ćwiczyć razem. Ja zaśpiewam, a Rosalie zagra. Może kiedyś zagramy razem na prawdziwym koncercie dla całego ogrodu!
W domu opowiedziałam mamie i tacie wszystko o zajęciach, o pana Szczepana i o Rosalie. Tata powiedział, że kiedyś, dawno temu, też śpiewał w chórze myszy, ale śpiewał tak fałszywie, że inne myszy musiały śpiewać głośniej, żeby go zagłuszyć. Mama i ja śmialiśmy się do łez!
Wieczorem, kładąc się spać, nuciłam jeszcze naszą jesienną pieśń. Pomyślałam o pana Szczepana, o Rosalie i o tym, jak dobrze jest coś tworzyć razem z przyjaciółmi.
A Wy, kochani, zaśpiewajcie jutro jakąś piosenkę — dla mamy, dla przyjaciela albo tylko dla siebie. Gwarantuję, że od razu będzie wam raźniej.
Śpijcie dobrze, kochani. A jeśli wam się smutno, zaśpiewajcie sobie cichutko — muzyka zawsze pomaga. Dobranoc.