Cześć, kochani! Tu Myszka Maria, wasza mała myszka o wielkich uszach. Ułóżcie się wygodnie, a ja opowiem wam dziś nocą o zajęciach gimnastycznych z moimi przyjaciółmi z przedszkola. Było dużo skakania, trochę kłopotu i jeszcze więcej śmiechu.
W środę po obiedzie mama Michalina powiedziała, że idziemy na gimnastykę na łące za starym kamieniem. „Będą tam Ewa, Ida i Janosz", dodała, wiedząc, jak bardzo ucieszy mnie ta wiadomość. Są moimi przyjaciółmi z przedszkola pod korzeniem leszczyny i uwielbiam z nimi się bawić. Wzięłam swoją małą chustkę do skakania i pobiegłam przodem, ledwo czekając.
Na łące już czekała pani Zosia, nasza przedszkolna opiekunka, która zawsze prowadzi zajęcia gimnastyczne. Rozłożyła na trawie kilka płatków stokrotek jako przeszkody do przeskakiwania i ustawiła długą trzcinę jako równoważnię. Ewa, mała myszka z różowymi uszkami, już czekała, podskakując z niecierpliwości. Ida, spokojna i uważna, układała sobie listek jak poduszkę do siadania. Janosz, zawsze pełen energii, biegał w kółko, żeby się rozgrzać.
„Zaczynamy od skakania przez płatki!", zawołała pani Zosia. Jeden po drugim przeskakiwaliśmy przez białe płatki stokrotek, śmiejąc się, kiedy ktoś je trochę poruszył. Ewa skakała najwyżej z nas wszystkich, a Ida najdokładniej, stawiając łapki idealnie pomiędzy płatkami. Ja starałam się skakać jak Ewa, ale za trzecim razem zahaczyłam ogonkiem o płatek i o mało nie upadłam. Janosz złapał mnie szybko za łapkę. „Trzymam cię!", powiedział z uśmiechem.
Potem przyszła kolej na równoważnię z trzciny. Trzeba było przejść po niej bez spadania, z ogonkiem wyciągniętym do równowagi, tak jak uczyła nas pani Zosia. Ida przeszła pierwsza, powolnym, spokojnym krokiem, nie drgnąwszy ani razu. Potem poszedł Janosz, trochę szybciej, kręcąc przy tym ogonkiem jak wiatrakiem, co wszystkich rozbawiło.
Kiedy przyszła moja kolej, postawiłam pierwszy kroczek bardzo ostrożnie. Trzcina kołysała się lekko pod moimi łapkami. W połowie drogi spojrzałam w dół i zobaczyłam, jak wysoko jestem nad trawą. Zakręciło mi się w głowie i poczułam, że zaczynam się przechylać na bok.
„Patrz na mnie, Mario, nie na trawę!", zawołała Ewa, stając dokładnie po drugiej stronie trzciny. Spojrzałam na nią, na jej uśmiechniętą buzię, i poczułam, że znowu łapię równowagę. Krok po kroku, patrząc tylko na Ewę, dotarłam do końca trzciny. Zeskoczyłam na trawę, dysząc, ale szczęśliwa. „Udało mi się!", krzyknęłam radośnie.
„Widzisz? Czasami wystarczy spojrzeć na przyjaciela, żeby nie się bać", powiedziała Ewa, przytulając mnie szybko. Ida pokiwała głową z uśmiechem, a Janosz podskoczył w powietrzu z radości za nas wszystkich.
Na koniec zajęć pani Zosia zaproponowała wspólny wyścig do dużego kamienia i z powrotem. Ustawiliśmy się w rządku - ja, Ewa, Ida i Janosz - gotowi do startu. „Trzy, dwa, jeden, start!", zawołała pani Zosia. Pobiegliśmy wszyscy razem, łapki uderzające o trawę, uszy powiewające w locie.
Janosz pierwszy dotknął kamienia, ale kiedy odwrócił się, żeby biec z powrotem, nie zauważył małej dziurki w ziemi i wpadł do niej jedną łapką. „Ał!", krzyknął, siadając zdziwiony na trawie. Przestaliśmy biec i podbiegliśmy do niego. „Boli cię?", zapytała zaniepokojona Ida. Janosz poruszył łapką ostrożnie i uśmiechnął się z ulgą. „Nic mi nie jest, tylko się przestraszyłem", powiedział.
Pomogłyśmy mu wstać, każda trzymając go za jedną łapkę. „Wygraliśmy wszyscy razem, bo pomogliśmy sobie na mecie", zaśmiała się Ewa. Janosz, choć trochę zawstydzony, zaśmiał się razem z nami. Pani Zosia podeszła i pogłaskała go po głowie. „To najważniejsza część gimnastyki", powiedziała. „Nie to, kto jest najszybszy, ale to, że pomagamy sobie, kiedy coś się nie uda."
Usiedliśmy razem na trawie, żeby odpocząć po wszystkich ćwiczeniach. Ida wyjęła z kieszonki kilka suszonych jagód i podzieliła się z nami wszystkimi. Jedliśmy je powoli, patrząc na niebo, które zaczynało się złocić od zachodzącego słońca. Janosz opowiadał, jak dziurka w ziemi sprawiła, że poczuł się jak prawdziwy odkrywca.
Kiedy słońce schowało się już niemal całkiem za wzgórzem, mama Michalina przyszła po mnie. Pożegnałam się z Ewą, Idą i Janoszem, obiecując, że zobaczymy się znowu w przedszkolu. Wracałam do domu, czując miłe zmęczenie w łapkach i ciepło w serduszku.
Po drodze opowiedziałam mamie o równoważni, o tym, jak Ewa pomogła mi nie się bać, i o dziurce Janosza. Mama uśmiechnęła się i powiedziała: „To wspaniałe, że masz takich przyjaciół, Mario. Prawdziwa siła to nie tylko mocne łapki, ale też dobre serce."
W domu zjadłam jeszcze mały kawałek orzecha z tatą Aleksandrem, opowiadając mu całą historię jeszcze raz, z wszystkimi szczegółami. Potem przytuliłam się do mojej poduszeczki z mchu, czując, jak zmęczenie z całego dnia pięknie się rozpływa.
Śpijcie dobrze, kochani. A jeśli kiedyś będziecie się czegoś bać, poszukajcie wzrokiem przyjaciela - czasami to wystarczy, żeby znowu poczuć się odważnym. Dobranoc.