Cześć, kochani! Tu Myszka Maria, wasza mała myszka o wielkich uszach. Ułóżcie się wygodnie, a ja opowiem wam dziś nocą o naszym locie do babci i dziadka. To była najdłuższa podróż, jaką kiedykolwiek przeżyłam.
Rano mama Michalina obudziła mnie wcześniej niż zwykle. „Dzisiaj lecimy do babci Alicji i dziadka Zygmunta", powiedziała, pakując do małego koszyczka suszone jagody i orzeszki na drogę. Serce zabiło mi szybciej z radości. Babcia Alicja i dziadek Zygmunt mieszkają daleko, za wielkim lasem, w starym dębie nad jeziorem. Widziałam ich tylko dwa razy w życiu.
Tata Aleksander wyjął z szafki cztery suche listki klonu, duże i mocne. „Polecimy na nich, tak jak zawsze", wyjaśnił. „Wiatr nas poniesie, a my musimy się tylko mocno trzymać ogonkiem." Elisa, moja mała siostrzyczka, trzymała się listka tak mocno, że aż jej łapki pobielały. Ja też się bałam, ale starałam się tego nie pokazywać.
Wyszliśmy na skraj naszego ogrodu, tam gdzie wiatr wiał najsilniej. Tata sprawdził kierunek, podnosząc w górę listek trawy. „Dobry wiatr, w samą porę", powiedział z uśmiechem. Jeden po drugim wskoczyliśmy na nasze klonowe listki. Mama trzymała Elisę blisko siebie. Ja usiadłam na swoim listku sama, dumna, że już jestem na to gotowa.
Wiatr chwycił nasze listki i unieśliśmy się w górę. Ogród zrobił się mały jak zielona plamka, a potem zniknął zupełnie. Lecieliśmy nad łąką pełną żółtych kwiatów, potem nad strumykiem, który błyszczał jak srebrna nitka. Czułam, jak wiatr łechta mnie w wąsiki. To było przerażające i wspaniałe jednocześnie.
Nagle mój listek zaczął się kręcić. Chwyciłam się ogonkiem mocniej, ale wiatr wiał już z innej strony i zaczęłam opadać w stronę gęstych krzaków jeżyn. „Tato!", krzyknęłam, ale tata leciał daleko przede mną i nie usłyszał. Serce waliło mi jak młotek. Krzaki jeżyn miały ostre kolce, a ja zbliżałam się do nich coraz szybciej.
Wtedy zobaczyłam dużego, rudego motyla, który leciał tuż nade mną. „Trzymaj się mocno i machaj ogonkiem w lewo!", zawołał do mnie. Nie wiedziałam, dlaczego mi pomaga, ale posłuchałam natychmiast. Machnęłam ogonkiem w lewo, tak jak powiedział, i mój listek zmienił kierunek. Minęłam krzaki jeziny o długość wąsika i znowu wzniosłam się wyżej.
„Dziękuję!", zawołałam do motyla, ale on już odlatywał w swoją stronę, machając mi skrzydełkami na pożegnanie. Odetchnęłam głęboko i rozejrzałam się. Przede mną leciała cała moja rodzina, a ja po chwili dogoniłam ich, lekko zdyszana.
„Wszystko w porządku, Mario?", zapytała mama, kiedy się do niej zrównałam. „Trochę się bałam", wyznałam szczerze, „ale jeden motyl mi pomógł." Mama pogłaskała mnie po głowie skrzydełkiem swojego listka. „Czasami najlepsza pomoc przychodzi, kiedy najmniej się jej spodziewamy", powiedziała ciepło.
Po długim locie zobaczyliśmy wielkie jezioro, błyszczące w popołudniowym słońcu, a na jego brzegu stary, gruby dąb. „To tam!", krzyknęła radośnie Elisa, która już zapomniała o strachu. Zaczęliśmy opadać powoli, krążąc wokół konarów dębu, aż wylądowaliśmy na szerokiej gałęzi przy samym wejściu do dziupli.
Babcia Alicja wyszła nam na powitanie, a za nią dziadek Zygmunt, który miał śnieżnobiałe wąsiki i okrągłe okulary z kropelki rosy. „Nasze kochane myszki przyleciały!", zawołała babcia Alicja, rozkładając łapki do uścisku. Dziadek Zygmunt zaśmiał się cichym, chrapliwym śmiechem i podniósł Elisę wysoko w górę.
Wewnątrz dziupli pachniało suszonymi jabłkami i miodem. Babcia Alicja przygotowała dla nas placuszki z leszczyny, a dziadek Zygmunt opowiadał historie o tym, jak sam, dawno temu, uczył latać naszego tatę. „Twój tata też się raz wylądował w jeżynach", powiedział z uśmiechem do mnie. Tata Aleksander zrobił się czerwony jak jagoda, a wszyscy się serdecznie uśmiali.
Spędziliśmy popołudnie na opowiadaniu historii i jedzeniu słodkich placuszków. Dziadek Zygmunt pokazał mi swoją kolekcję błyszczących kamyczków znad jeziora, a babcia Alicja zaplotła mi we włosy maleńki kwiatek. Elisa zasnęła na kolanach dziadka, zmęczona całą podróżą.
Kiedy słońce zaczęło chować się za jezioro, musieliśmy wracać do domu. Babcia Alicja zapakowała nam na drogę suszone jabłka, a dziadek Zygmunt sprawdził wiatr, podnosząc w górę listek trawy, zupełnie jak wcześniej tata. „Wiatr jest teraz spokojny, polecicie bezpiecznie", powiedział.
Lot do domu był już znacznie spokojniejszy. Trzymałam się swojego listka mocno, ale bez strachu, bo wiedziałam już, że nawet kiedy coś pójdzie nie tak, pomoc czasem przychodzi z najmniej oczekiwanej strony. Kiedy wylądowaliśmy w naszym ogrodzie, było już ciemno, a na niebie błyszczały pierwsze gwiazdy.
Śpijcie dobrze, kochani. A jeśli kiedyś poczujecie wiatr na policzku, pomyślcie o małej myszce, która nauczyła się, że odwaga i pomoc przyjaciela mogą zanieść nas bezpiecznie nawet najdalej. Dobranoc.